Metallica nie jest zespołem, który zasłynął z niszczenia swoich instrumentów na scenie. Owszem, był to jeden ze znaków rozpoznawczych Jimiego Hendrixa czy The Who, często zdarzało się to Nirvanie, ale metalowcy z Bay Area raczej woleli dewastować swoje wątroby niż gitary. Nie znaczy to jednak, że zabierane w trasę „wiosła” i „beczki” miały lekkie życie. Setki koncertów, transport w trudnych warunkach to aż za wiele okazji do uszkodzenia sprzętu, który przecież musi być niezawodny. Jeśli nagle zabraknie sygnału gitary w samym środku „Seek and Destroy” to co powiedzieć publice. „Sorry, wczoraj działało?” No właśnie.
Właśnie dlatego Jason Newsted wybierając gitary, które miały jechać z nim w trasy koncertowe poddawał je testowi, który niejednego lutnika może przyprawić o zawał serca na samą myśl. W rozmowie z Guitar World opowiedział jak to wyglądało i dlaczego zdecydował się potem pozostać przy konkretnej marce.
Starając się wybrać, kto powinien zbudować dla mnie basy na trasę każdy sprawdziłem – opowiada – Napełniałem duża wannę bardzo gorącą wodą, dodawałem soli i zanurzałem w tym bas. Następnie wyciągałem, kładłem go przy gorącym grzejniku na kilka minut. Powtarzałem te czynności z każdym instrumentem 3 razy. Potem ogrywałem je jak dziki w swoim studio i wreszcie odstawiałem na statyw, by powisiały kilka dni. Zwykle bas był skorodowany i nie grał. Żadna gitara nie zdała takiego testu poza Sadowsky.
W ten sposób właśnie basista odnalazł markę, z którą związał się na kolejne lata. Trudno o lepszą reklamę niż przygotowywać swoje produkty dla międzynarodowej gwiazdy. Skąd jednak taki pomysł na próbę? Newsted wyjaśnia, że chodzi nie tylko o trudne warunki sceny i transportu, ale przede wszystkim o to, że się na koncertach okrutnie pocił i chciał sprawdzić czy bas to wytrzyma, szczególnie przez kilka występów pod rząd. Nam jest ciężko sobie wyobrazić przeprowadzenie takiej próby na instrumencie, ale z drugiej strony, jak się już jest w najsłynniejszym metalowym zespole na świecie… to perspektywa zapewne jest inna.