Elton John to nazwisko, którego dziś raczej nikomu przedstawiać nie trzeba. Jeden z najsłynniejszych solowych artystów brytyjskich na świecie, jest obecny na rynku od ponad sześćdziesięciu lat. Choć w ostatnich latach o muzyku pisało się głównie z perspektywy zakończenia przez niego działalności koncertowej czy problemów zdrowotnych, to sam Elton nie ma zamiaru znikać. Jak sam wyznał w nominowanym do Oscara Elton John: Never Too Late, wie, że nie zostało mu wiele czasu, dlatego też zamierza czerpać z życia tyle, ile da radę.
Brandi Carlile ma dużo krótszy muzyczny staż. Start jej kariery przypada na rok 2005, kiedy to wydała swój debiutancki album, zatytułowany po prostu imieniem i nazwiskiem. Sławę i powszechną rozpoznawalność zapewnił artystce jej drugi autorski projekt, The Story, przełomem zaś stała się szósta płyta, By the Way, I Forgive You z 2018 roku.
Andrew Watt to producent, z którym dziś pracować chcą największe ikony rockowego grania. To właśnie on odpowiedzialny jest za najnowsze wydawnictwa m.in. Ozzy'ego Osbourne'a, Iggy'ego Popa, Pearl Jam czy The Rolling Stones. Tak Andrew, jak i Brandi po raz pierwszy połączyli siły z Eltonem Johnem na albumie The Lockdown Sessions z 2021 roku. Z czasem jednak producent i Amerykanka zaczęli coraz częściej i więcej współpracować z artystą. W końcu w 2024 roku ukazała się kompozycja Never Too Late, promująca wspomniany wyżej dokument o Eltonie. Utwór zapewnił całej trójce (oraz Berniemu Taupinowi, który również brał udział w nagraniach wspólnego projektu Brandi i Eltona) nominację do Oscara za 'Najlepszą piosenkę oryginalną'. Już w momencie jego wydania było niemal jasne, że na tym się nie skończy.
Czas zrobić coś razem na poważnie
Pierwsze plotki o tym, jakoby ukazać się miał cały wspólny album Eltona i Brandi zaczęły pojawiać się w przestrzeni publicznej na początku lutego 2025 roku. Oficjalne potwierdzenie nadeszło 5 lutego, wraz z opublikowaniem utworu Who Believes in Angels? i zapowiedzią albumu o tym samym tytule. Już za sprawą pierwszej kompozycji stało się jasne, że wydawnictwo będzie brzmieniowo kojarzyć się z tymi najsłynniejszymi Eltona Johna, łącząc elementy balladowe, brzmienie pianina oraz rock and rollowy sznyt, który mniej lub bardziej wyraźnie obecny jest w całej twórczości Brytyjczyka. Sama Carlilie zaś najczęściej kojarzona jest z muzyką typu Americana, ale też country oraz klasycznym rockiem i folk rockiem (ma ona na koncie dwie statuetki Grammy w kategoriach rockowych). Who Believes in Angels? jest ciekawą zapowiedzą współpracy tej dwójki, ciężko nie zwrócić w nim uwagi na dominujący, świetny wokal Brandi, która wyśpiewuje tekst, swojego autorstwa, podczas gdy duch Eltona wyczuwalny jest przede wszystkim w brzmieniu piano - to on skomponował melodię.
Jeszcze ciekawiej wypada tu chwytliwie rock and rollowy, swingujący Swing for the Fences, czyli druga oficjalna zapowiedź płyty. Nie da się ukryć - duet wiedział, na które utwory z dziesięciu z płyty postawić, by przyciągnąć uwagę słuchaczy. Obrany przez nich kierunek trafia wprost w uczucia nostalgii za klasycznym, swobodnym graniem, rodem z najlepszych momentów kariery brytyjskiego artysty. W kawałku czuć nutkę buntu - w końcu sama artystka przyznała, że pisała tekst utworu z myślą o młodych osobach nieheteroseksualnych, chcąc stworzyć dla nich coś w rodzaju hymnu. Duet zgodnie stwierdził, że to właśnie Swing for the Fances nadał kierunek całej płycie. Tu po raz kolejny to wokal Carlile wysuwa się na prowadzenie. Byłam więc tym bardziej ciekawa, jak to jest w pozostałych kompozycjach, nie wliczając w to znanego już wcześniej Never Too Late, w którym to jednak, ze względu na oczywiste powiązania z dokumentem to John ma pierwsze skrzypce. Nie da się jednak ukryć, że bez wokalu Brandi, utwór ten dużo, dużo by stracił.
Zmierzyć się z samym sobą
Elton John jeszcze przed premierą albumu otwarcie mówił, że praca nad nim przyniosła mu cały wachlarz różnych emocji. Od radości ze względu na pracę z przyjaciółką nad czymś, co od samego początku wydawało się mu być wyjątkowych doświadczeniem, przez wyzwanie i smutek, spowodowane podejmowanymi na albumie tematami. Artysta nie boi się śpiewać o problemach zdrowotnych, utracie wzroku, niejasnej przyszłości - aż w końcu własnej śmiertelności. Sama Carlile zaś opowiadała o porywczej naturze starszego kolegi po fachu, jego nieustępliwości i wskazywała o tym, jak trudny może być proces tworzenia, w który zaangażowane są tak kreatywne i pełne pomysłów osoby. Szczególnie komplikować zaczęło się wtedy, gdy te pomysły trzeba było ze sobą zestawić, przegadać i wybrać ten najlepszy - tu "złotym środkiem" okazał się być Watt. To z inicjatywy producenta właśnie w proces nagrań zaangażowane zostały również inne duże nazwiska: Chad Smith, Pino Palladino i Josh Klinghoffer. Jak to wszystko wyglądało naprawdę, będzie można przekonać się od piątku 4 kwietnia, kiedy to wraz z premierą płyty światło dzienne ujrzy dokument, będący zapisem jej nagrań - Who Believes In Angels? Stories From The Edge Of Creation.
Toż to czysty rock and roll!
Sporo już tu o rock and rollu było, ale będzie jeszcze więcej! Dowodem na to, że brzmienie to dominuje na albumie jest już drugi na trackliście utwór Little Richard's Bible - co tam się dzieje! Oczywiste natychmiastowe praktycznie skojarzenie z klasykiem Crocodile Rock i piękny hołd w kierunku mistrza, jakim dla Eltona Johna był Little Richard. Nic dziwnego, że wokalnie to on właśnie gra tu pierwsze skrzypce - i wychodzi mu to absolutnie genialnie! Chwytliwy klimat słychać również w The River Man - to ciekawy wyraz mocy współpracy, która idealnie łączy typową dla Johna rock and rollowę beztroskę, z klimatem folku z domieszką country. Kolejna chwytliwa propozycja, która ma szansę stać się ulubieńcem słuchaczy.
Kluczem są emocje
Samo wydawnictwo rozpoczyna się jednak z dużego "A", jakim jest kompozycja The Rose of Laura Nyro. Ostre, wręcz hard rockowe brzmienie utworu otwierającego, zwłaszcza ze względu na imponujące gitarowe intro sprawiło, że musiałam aż zerknąć, czy aby na pewno nie pomyliłam odsłuchu! Choć kompozycja w końcu nabiera charakteru typowego dla Eltona Johna, to te ostre brzmienia pobrzmiewają w niej już do samego końca. Idealny wybór na otwarcie, gdyż The Rose of Laura Nyro stwarza wrażenie zaproszenia słuchacza do rock opery. Tytułowa Laura Nyro to zmarła w 1997 roku wokalistka i pianistka, która uznanie zdobyła dopiero po śmierci. Jej wielkim fanem w okresie, gdy mało kto znał jej twórczość, był natomiast Elton John. Sprawa to, że utwór staje się wyjątkową refleksją o znaczeniu sztuki, o tym, czym staje się ona w chwili śmierci artysty czy artystki. Emocjonalność pierwszej piosenki na płycie idealnie uzupełnia się z zamykającym całość When This Old World Is Done with Me. Elton John jeszcze przed premierą płyty w podcaście “Smartless” wyznał, że kompozycja ta ma dla niego szczególnie znaczenie. When This Old World Is Done with Me wprost porusza temat jego niechybnie zbliżającej się śmierci. Jak opowiadał artysta, w trakcienagrań zwyczajnie rozpłakał się. Wszystko to ze względu na tekst, autorstwa Berniego Taupina, kiedy dotarło do niego, o czym on właściwie opowiada. Elton wskazuje, że moment ten będzie można zobaczyć na dokumencie, będącym zapisem tworzenia wydawnictwa. Nie da się ukryć, że When This Old World Is Done with Me jest utworem niezwykle emocjonalnym, który, choć dużo łagodniejszy, od otwierającego, stanowi z nim piękną klamrę, ostatecznie dając wyraz stworzenia szczególnej rock opery, motywem przewodnim której jest odchodzenie.
Czy bez nich to miałoby szansę się udać?
Wydaje mi się w tym wszystkim, że to obecność przy pracach nad płytą Brandi i Watta dała Eltonowi nowych sił, prawdziwego wiatru w żagle. To współpracując z nimi był on w stanie ponownie dać wyraz swojej niesamowitej muzykalności i wrażliwości. Tym piękniej na Who Believes in Angels? wypadają momenty, w których to swój moment ma artystka. You Without Me to popis Brandi Carlile, jej solowy moment, w którym ona również wraca do własnych korzeni, w których dominowała Americana. Kolejnym ukłonem dla jej muzycznego świata jest swobodny, oparty na brzmieniu gitary, czysto country A Little Light. Piękna, balladowa propozycja, która pozwala nieco zwolnić po imponującej dawce rock and rolla! Gdzieś brzmieniowo w tym klimacie pozostaje kolejne na trackliście Someone to Belong To. Nie da się nie zauważyć tych gatunkowych podróży, swobody w poruszaniu się po różnych muzycznych światach. To właśnie to wszystko daje nam efekt wydawnictwa wyjątkowego, a przy tym niezwykle szczerego. Choć artyści zgodnie twierdzili, że proces nagrań nie należał do najprostszych, to nie da się ukryć, że nie jest to wyczuwalne w muzyce. Umiejętność robienia dźwięków tak, by przekazać w nich pewną prawdę, skumulowane emocje różne, bez skupienia się na trudach czasu ich powstawania, to wielka sztuka. Eltonowi, Bradni i Andrew pięknie się to udało.
Czy będzie z tego coś więcej?
Elton John i Brandi Carlilie we współpracy z Andrew Wattem stworzyli wydawnictwo szczególne, można rzecz otwarcie - przepiękne. Duet daje wspaniały pokaz swojego artyzmu, świetnej znajomości muzyki i przede wszystkim miłości do niej. Dla nich dźwięki stają się narzędziem do budowania historii, dopełnieniem których są teksty autorstwa samej artystki oraz Taupina. Who Believes in Angels? zachwyca od pierwszych nut, trzyma poziom przez cały czas trwania. Mnie ta płyta naprawdę szczerze zaskoczyła swoim poziomem, postrzegam ją zdecydowanie jako jedną z najlepszych Eltona Johna z jego twórczości ostatnich lat - o ile nie całej dyskografii w ogóle. Artysta, choć mierzy się z problemami zdrowotnymi, nie jest już w stanie grać tras, dokładnie tak, jak Ozzy Osbourne, wciąż ma muzykę, nie stracił umiejętności jej tworzenia. W obecnej sytuacji to ona w najlepszym stopniu jest dla niego przekaźnikiem tego, co czuje, czego się obawia - jest sposobem na utrzymywanie stałego kontaktu z fanami. Między Eltonem a Brandi czuć wspaniałą chemię. Pozostaje mieć nadzieję, że na Who Believes in Angels? ich współpraca - czy to w ramach duetu, czy po prostu wspólnej pracy twórczej - się nie skończy, a nam dane będzie poznać jeszcze jej kolejnej odsłony. Aż prosi się o koncerty - na te jednak, przynajmniej w formie światowego tournée, nie ma dziś już chyba jednak co liczyć.