Gdyby rock spotkał się z międzygalaktyczną inwazją, wyglądałby i brzmiałby dokładnie, jak Sick N' Beautiful. Założona w 2014 roku w Rzymie formacja w swojej twórczości łączy elementy klasycznego metalu z metalem industrialnym oraz elektro-popem i słynie z niezwykle efektownych i energicznych występów. Zespół, któremu przewodzi charyzmatyczna Herma Sick występuje w kostiumach rodem z dystopijnych filmów science fiction, a każdy ich koncert to heavymetalowy chaos połączony z teatralnym widowiskiem. Sick N' Beautiful rozpoczęli od mocnego uderzenia w postaci utworu „(Human) Is Overrated”, pochodzącego z najnowszego krążka zespołu zatytułowanego „Horror Vacui”, który ukaże się 8 kwietnia 2025 r. Nic więc dziwnego, że od razu porwali publiczność, która od pierwszych minut energicznie unosiła pięści i skandowała głośne „hej!”. Kolejne utwory takie jak: „Sick to the Bone”, „Raise the Dragon” czy „Hate Manifesto” łączyły miażdżące gitarowe riffy z kosmicznymi syntezatorami, tworząc wciągające doświadczenie dźwiękowe. Charakterystyczna dla zespołu mieszanka industrialnego metalu, hard rocka i kinowej narracji utrzymywała publiczność w napięciu od początku ich występu. Koncert Sick N’ Beautiful to nie tylko kawał dobrej muzyki — to także swoisty audiowizualny spektakl dla naszych zmysłów. Podczas występu nie brakuje gry świateł czy laserów, a wokalistka Herma w każdej piosence prezentuje nie tylko swój niezwykle mocny i dźwięczny wokal, ale również ekstrawaganckie stroje, dzięki czemu wciąga publiczność jeszcze głębiej w to międzygalaktyczne przedstawienie. Występ Włochów był hipnotyzującą i intensywną eksplozją światła i dźwięku, a unikalne połączenie potężnego kunsztu muzycznego i teatralnej narracji zafundowało nam piekielną przejażdżkę przez kosmos. Ku rozczarowaniu publiczności, wokalistka tym razem nie oszlifowała gitary prawdziwą szlifierką, tłumacząc to względami bezpieczeństwa. Po niezwykle udanym występie zespół zaprosił zgromadzonych na spotkanie przy stoisku z merchem, gdzie chętnie gawędził z fanami, rozdawał autografy i pozował do wspólnych zdjęć.
Lordi – prawdziwa „arockalipsa"
Od momentu, gdy scena została skąpana w złowrogiej, granatowej ciemności, a powietrze wypełniły doskonale wszystkim znane dźwięki „God Of Thunder” oraz „SCG XIX The Hexecutioners”, które poprzedziły wyjście muzyków Lordi na scenę, miało się wrażenie poczucia niepewności, a gęsia skórka mimowolnie pojawiała się na ciele. Kiedy muzycy znaleźli się na estradzie i wybrzmiały pierwsze nuty singla „Legends Are Made of Clichés”, który pochodzi z najnowszego wydawnictwa formacji zatytułowanego „Limited Deadition”, oczy wszystkich skierowane były na wielkie wrota umieszczone na środku sceny. To właśnie przez nie wszedł lider i obecnie jedyny oryginalny członek formacji – Mr. Lordi. Od tego momentu było jasne, że będzie to noc pełna rocka przesiąkniętego horrorem w najlepszym wydaniu. Mr. Lordi, podobnie, jak pozostali muzycy, ubrany w swój charakterystyczny kostium, naszpikowany przerażającymi detalami, który podobno waży około dziesięciu kilogramów, dominował na scenie nie tylko za sprawą swoich butów na trzydziesto-centymetrowej platformie, ale przede wszystkim charyzmą i upiornym poczuciem humoru. Po kawałku „Girls go chopping”, który pochodzi z wydanego w 2008 roku albumu „Deadache” zespół płynnie przeszedł do doskonale wszystkim znanego utworu „Who’s Your Daddy?”, który pochodzi z hitowego albumu „The Arockalypse”, podczas którego Mr. Lordi sięgnął po miotacz dymu. Później przyszedł czas na krótką przerwę spowodowaną koniecznością zmiany kartek z tekstami piosenek. Mr. Lordi korzystając z okazji, uraczył widzów pogawędką, przy okazji prezentując znajomość kilku słów w języku polskim, co wprawiło niewypełnioną tego wieczora po brzegi Progresję w euforię. Finowie, znakomicie zdają sobie sprawę, iż przez wielu uważani są za zespół jednego utworu, co również w żartobliwy sposób zaznaczył lider formacji, mówiąc, iż w zasadzie, mogliby zagrać w tym momencie ich eurowizyjny hit „Hard Rock Hallelujah” i zakończyć ten wieczór, jednak nie zamierzają tego zrobić. Jeżeli zatrzymaliście się w roku 2006 i spektakularnym zwycięstwie Lordi podczas 51. Konkursu Piosenki Eurowizji w Atenach, to sporo was ominęło. Od tamtej pory zespół wydał 20 (sic!) albumów, a premiera ostatniego zatytułowanego „Limited Deadition” miała miejsce 21 marca br.
Lordi rozpętali potwornie teatralne show
Zespół zaprezentował nam także dwa utwory: „Retropolis” oraz „Hellizabeth”, które, jak podkreślił Mr. Lordi, nigdy jeszcze nie wybrzmiały poza ich rodzimą Finlandią, gdyż dopiero niedawno miały swoją premierę wraz ze wspomnianą wyżej płytą. Warszawa była bowiem pierwszym po Tampere i Helsinkach przystankiem na europejskiej trasie. Każdy, kto choć raz miał okazję uczestniczyć w koncercie Lordi, wie, że występy fińskich potworów, to skrzętnie zaplanowany spektakl, w którym muzycy oraz towarzysząca im widownia uczestniczą przez cały czas trwania show, a każdy gest został przemyślany, tak, aby całkowicie oddać teatralność shock rockowych brzmień zespołu i zanurzyć fanów w świat rodem z najmroczniejszych horrorów. Choć partie wokalne Mr. Lordiego mogą pozostawiać wiele do życzenia, a on sam przyznaje, że często zdarza mu się zapomnieć tekstów piosenek, i to nie tylko tych nowszych, ale nawet ich największego hitu „Hard Rock Hallelujah”, to techniczne umiejętności perkusisty Many, basisty Hiisiego oraz gitarzysty Konego są naprawdę imponujące, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, iż występują w kostiumach, które nie przepuszczają powietrza, a ich twarze całkowicie zakrywają maski. Każdy z muzyków tego wieczora nie tylko zadbał o znakomite interakcje z publicznością, ale również zaprezentował się w fenomenalnych solówkach.
Poza interakcjami werbalnymi, koncerty Lordi słyną z wykorzystania wyszukanych rekwizytów scenicznych i teatralnego opowiadania historii, nie inaczej było i tym razem, kiedy niemalże podczas każdego z utworów z upiornej szafy, która ustawiona była na środku sceny, wyskakiwały na nas przeróżne potwory i wydobywały się złowrogie dźwięki. Na sam koniec Lordi zachowali swoje najpopularniejsze kawałki: "Blood Red Sandman", "Devil Is a Loser" oraz "Would You Love a Monsterman?", jednak to „Hard Rock Hallelujah” było prawdziwą wisienką na torcie. Już pierwsze rytmy doskonale wszystkim znanego eurowizyjnego hitu wprawiły Progresję w euforię, a publiczność energicznie wznosiła pięści w górę i spijała każde słowo z ust swojego idola. Tym razem ze względów bezpieczeństwa zespół zrezygnował z pirotechniki, jednak nie mogło zabraknąć olbrzymich skrzydeł smoka, które Mr. Lordi rozwijał stopniowo wraz z kolejnymi wersami piosenki. Po tym jakże udanym wieczorze pełnym dobrej muzyki, znakomitego show, którego nie powstydziłby się najznamienitszy mistrz horroru, potworni rockmani ukłonili się po raz ostatni przy ogłuszającym aplauzie publiczności, która domagała się bisu.
Występ Lordi z pewnością nie zawiódł fanów, a także tych, którzy przyszli zobaczyć show z czystej ciekawości. Koncert był teatralnym i niezaprzeczalnie zabawnym spektaklem, ze znakomitym scenariuszem. Ich umiejętność łączenia estetyki horroru z porywającymi rockowymi kawałkami sprawia, że są jednym z najbardziej wyjątkowych zespołów na scenie rockowej i metalowej. Niezależnie od tego, czy jesteś wieloletnim fanem formacji, czy zobaczyłeś ich występ po raz pierwszy, każde show Lordi jest zachwycająco potwornym widowiskiem, na które z pewnością należy się wybrać przy następnej nadarzającej się okazji.